Mój prywatny "One Night Stand" - Felieton koszykarsko-wrestlingowy

Mój prywatny "One Night Stand" ... encore une foi
Felieton koszykarsko-wrestlingowy

Odkąd tylko pamiętam, obok wrestlingu drugą wielką fascynacją mojej młodości była koszykówka. Koszykówka, a konkretnie NBA. NBA, a konkretnie niesamowity Michael Jordan. Wszystko zaczęło się od telewizyjnej "Dwójki" i kultowego już powitania "Hej! Hej! Tu NBA!", którym to Szaranowicz do spółki z Łabędziem otwierali swoje relacje ze zmagań tytanów basketu. Przez pewien czas oglądało się też kosza na Screensporcie. A kiedy NBA pojawiła się na DSF-ie naprawdę nie można było narzekać na brak ulubionej rozrywki w telewizji. I choć nie udało mi się "załapać" na odkodowane TNT nie żałuję, gdyż przypadła mi w udziale do oglądania niesamowita dekada. Nigdy bowiem wcześniej (a jak uczą ostatnie sezony, później też nie) po amerykańskich parkietach nie biegało tak wiele gwiazd, olśniewających swoim kunsztem publiczność. Clyde "The Glyde", Charles Barkley, Shawn "Reign Man" Kemp (ale tylko do czasu przeprowadzki do Cavs, gdzie utył jak prosię ;) ), czy John Stockton, że wymienię tylko kilku (bo raz, że to nie miejsce na to, a dwa, gdybym miał wymienić wszystkich godnych wspomnienia koszykarzy ten wstęp zająłby co najmniej 3 mojego felietonu ;) ) wzbudzali swoimi zagraniami szacunek i wielki zachwyt. Ale pośród równych był ktoś równiejszy. Zawodnik, który zdecydowanie przerósł swoją epokę. Tak, tak, mówię o MJ'u, którego fenomenalne zagrania powodowały u mnie przyspieszone bicie serca i ponadprogramowo częste opadanie kopary do samej ziemi. Wszystkie niezapomniane chwile, które na zawsze pozostaną w annałach koszykówki... MJ jako jak kat Cleveland rok po roku. MJ wzruszający ramionami w Finałach 1992 roku przeciwko Trawl Blazers, wyraźne zdziwiony, że tego wieczoru do kosza wpada mu praktycznie wszystko. I wreszcie MJ jako mistrz ostatniej akcji... Nie wiem, ileż to razy Spike Lee i tysiące innych nowojorczyków miało kompletnie popsute wieczory, gdy na 4-5 sekund przed końcem wyrównanego meczu piłkę na parkiecie Garden otrzymywał numer 23. Jest bardzo długa lista pamiętnych przypadków wartych wyliczenia, ale wspomnę jeszcze o dwóch wydarzeniach... I zacznę niechronologicznie od ostatniego meczu finałów NBA w 1998 roku. Mamy koniec czerwca, a napięcie w Delta Center sięga zenitu. Byki prowadzą w serii 3-2 z Jazz, a na tablicy wyników jest idealny remis, gdy do końca potyczki zostało 5 sekund. Piłka jest w rękach Michaela, a kryje go Bryon "Don't call me Byron" Russell. Air wykonuje jeden zwód, za chwilę drugi, przybliża się lekko do linii osobistych i rzuca typowym dla siebie jump-shooterem "z odchylenia". Niby taki sam rzut jak tysiące innych w jego karierze, a jednak inny...specjalny... Piłka idealnie wpada do kosza ledwie muskając siatkę, a Jordan wpada w objęcia kolegów z drużyny. Byki zdobywają 3 mistrzostwo Ligi w ciągu 3 sezonów, a 6 w ciągu ostatnich 8 lat. Po rzucie MJ'a, który przecież zapowiedział, że po tym sezonie zakończy karierę. W taki sposób odchodzą tylko najwięksi mistrzowie...

Ale zanim odszedł, niespełna 4 miesiące wcześniej miało miejsce wyjątkowe wydarzenie. W tej samej MSG, która przez całe lata była areną licznych triumfów drużyny Bulls kosztem uwielbianych tu Knickerbockers odbywa się mecz All-Star, ostatni w jego karierze. A naprzeciw Michaela staje niespełna 20-letni młodzian, który rok wcześniej przebojem wdarł się do NBA prosto ze szkoły średniej. Kobe Bryant, wielki talent już wówczas okazujący koszykarski geniusz, a predestynowany do walki o najwyższe cele. Na samym początku meczu MJ co prawda dominuje nad młodszym kolegą z Lakers, kilka razy nawet ośmieszając go swoimi firmowymi zagraniami, ale Kobe wcale nie pozostaje dłużny. Rozkręca się z minuty na minutę, a apogeum ich pojedynku staje się sytuacja, w której KB8 wykonuje klasycznego slam dunka nad głową kryjącego go mistrza. Rozbestwia się nawet tak bardzo, że w połowie 3-ej kwarty trener Zachodu George Karl sadza go na ławce, aby przypadkiem nie przyćmił swoją grą wyczynów Michaela. Ostatecznie tylko jeden człowiek może otrzymać tego dnia nagrodę MVP. To spotkanie ma jednak nieco głębsze znaczenie - obserwując ten mecz byliśmy świadkami generacyjnej wymiany, przekazania pałeczki najbardziej utalentowanemu przedstawicielowi pokolenia młodych, który ma wprowadzić Ligę w XXI wiek. Stary mistrz wycofuje się z gry, a na piedestał wchodzi nowa gwiazda na nowe czasy. Piękne czasy...

Wprowadzenie w temat dzisiejszego artykułu zajęło mi 1 stronę i 4,5 linijki w Wordzie. Nie ukrywam, że miało ono być znacznie krótsze, ale wspomnienia wzięły górę i zwyczajnie mnie poniosło. Ale przecież nie o to chodzi. W takim razie o co? I jaki związek może mieć koszykówka ze współczesnym światem wrestlingu? Otóż, wydarzenia sprzed kilku lat były pierwszą rzeczą, jaka przyszła mi do głowy, gdy oglądając RAW w pewnym momencie na ekranie mojego monitora pojawił się nie kto inny, jak...The Immortal Hulk Hogan!! Dziwne skojarzenie? Oczywiście, Michaela Jordana od Terry'ego Bolea dzieli milion rzeczy, zaczynając od tych najbardziej podstawowych różnic, że ten pierwszy to sportowiec, a drugi reprezentant zawodu zwanego sports entertainment. I choćbyście nie wiem jakich używali argumentów, wrestlingu sportem nazwać po prostu nie można (To truizm, ale akurat w tym miejscu wart podkreślenia). Szereg różnic nie może nam jednak przesłonić licznych podobieństw między oboma dżentelmenami. Poniekąd właśnie o tym będzie dzisiejszy felieton. A ponieważ będzie on miał formę rozprawki, autokratycznie proponuję rozpocząć go od postawienia tezy, którą postaram się obronić. Teza ta będzie w formie pytania, którego szkielet jest dosłownym tłumaczeniem jednego z najbardziej znanych cytatów naszego bohatera. Brzmi ona mniej więcej tak:

Hulkamania biegnie dalej...i być może nawet biegnie dziko brachu, ale czy nie jest to czasem bieg donikąd?

Swoją drogą, jak skończę studia, to na pewno nie dostanę żadnej posady na dziennikarskim stanowisku. Widzieliście kiedyś felietonistę, któremu wstęp zajmuje bez mała 1,5 strony, a nie zdołał nawet jeszcze uszczknąć głównego tematu, mało tego, dopiero przed chwilą odsłonił przed Wami rzeczywistą oś całego materiału? Na szczęście WrestleFans ma bardzo liberalnego naczelnego (a w RazorMedia mogę puszczać co chcę, bez względu na konsekwencje...których nie ma ;) ), więc zapewne cała moja niekompetencja zostanie puszczona płazem ;) Ale dość dygresji, weźmy się za poważną robotę...

Hulk Hogan to bez wątpienia najgłośniejsze nazwisko wszechczasów związane z wrestlingiem. Można go lubić, można nie znosić, można mu markować albo przełączać kanał za każdym razem, gdy pokazuje się na ekranie TV, ale nie można mu odmówić gigantycznego wpływu, jaki w ciągu ostatnich 15-20 lat wywarł na rozwój naszej ulubionej rozrywki. To on wprowadził wrestling pod strzechy, a tabliczki trzymane przez fanów podczas gal WWE w stylu "This is the house that Hulk build" są jak najbardziej na miejscu i prawdziwe. Stał się pierwszą szeroko rozpoznawaną poza ringiem "celebrity", zrobił karierę w filmach (Pomińmy tu może drażliwy temat, jakiej klasy były te filmy). Ale dla nas ważne jest przede wszystkim to, co czynił na zapaśniczym ringu i w jego okolicach. A trzeba przyznać, że był jednym z najlepszych entertainerów. Kiedy pojawił się w świecie sports entertainment na początku lat 80-tych od samego początku było jasne, że, podobnie jak MJ, wyprzedził własną epokę. Hulkamania's runnin' wild, 24 inch pythons, whatcha gonna do brother i nieśmiertelny hulk-up dający wrażenie, że mamy do czynienia z jakimś nadczłowiekiem, którego ciosy się nie imają, są czymś, co uczyniło z niego gwiazdę najwyższego formatu. A przy tym nieskazitelny gimmick babyface'a, który jednak kiedy trzeba, potrafi przypieprzyć z krzesełka złemu charakterowi. Oswobodziciel pokrzywdzonych, człowiek, który nigdy nie odmawia wyzwaniu, a przy tym wojownik z wielkim sercem gotów walczyć choćby przeciwko setce rywali, byleby na światowych ringach zapanowała sprawiedliwość i gra według zasad fair play. Do tego nienaganna aparycja i sylwetka, podkreślanie na każdym kroku wielkiego szacunku i sympatii dla swoich Hulkamaniacs. No i walki...emocjonujące walki, bo czy może być coś bardziej wciągającego niż pokonanie na swojej drodze wszelkich przeciwności losu (Najczęściej w postaci znaczącej przewagi liczebnej przeciwników) i koniec końców odniesienie zwycięstwa? Te wszystkie czynniki sprawiły, że Hulkster stał się wśród fanów wolnoamerykanki prawdziwą ikoną, Bogiem, którego zdecydowali się czcić i gorąco cheerować, co zresztą czynią do dnia dzisiejszego...

Ale każdy medal ma 2 strony. Uwielbiany przez fanów, hołubiony przez bookerów i świat mediów - przy takim stanie rzeczy nie może dziwić rosnące przekonanie Hulkstera o własnej wielkości i znaczący rozrost "ego", które w pewnym momencie osiągnie niebotyczne rozmiary. I choć nadmierna pewność siebie, zwłaszcza poparta ww. faktami bynajmniej nie jest czymś złym, gdy przekroczy pewien poziom przyzwoitości, może być niebezpieczna. Nie, niekoniecznie dla samego zainteresowanego, który miał wszystkie atuty w rękawie, raczej dla współpracowników i kolegów z szatni, co mogliśmy zresztą zaobserwować u kresu jego kariery w WCW. Nasz tytułowy Luk Skywalker rozwinął w sobie "ciemną stronę mocy" i, co nie może dziwić, było mu z nią dość wygodnie. Po przejściu do WCW jako główna gwiazda federacji stopniowo miał coraz większy wpływ na rozwój własnych storyline'ów i feudów, do tego stopnia, że w pewnym momencie mógł dowolnie blokować decyzji bookerów, które mu się nie podobały (Czytaj: gdzie ktokolwiek zabierał mu choć trochę miejsca na piedestale). Przez pierwsze lata swojego pobytu w krainie Turnera nie musiał zresztą za wiele interweniować - przybywszy w 1994 jako superstar (pisane przez ooooogromne "S") stał się z miejsca maszynką do nabijania pieniędzy (którą był przynajmniej od 1984, kiedy po raz pierwszy zdobył WWF Title) i hiper-szybkiego wzrostu ratingów i buyrate'ów. Odpowiedzialnym za scenariusze nawet przez myśl nie przeszło, aby usuwać choć skrawek światła ze szczytu, na jakim niepodzielnie stał Hogan. A niespodziewana zmiana frontu w 1996 roku i przemiana w lidera heelowskiej frakcji nWo odświeżyła tylko jego charakter, wciąż sprawiając, że budził wielkie emocje i przyciągał do wrestlingu tłumy widzów. W dodatku, przy wydatnej "pomocy" Hogana, Nitro mogło łoić dupę RAW w Monday Night Wars przez dobre 70-80 tygodni z rzędu. Świat był piękny, a wszyscy bogaci, szczęśliwi i młodzi...

Ale młodość nie trwa wiecznie, a zdradliwy podmuch czasu nie oszczędza nikogo... Hogan z roku na rok okazywał się coraz wolniejszy w ringu, jego emocjonalne przemówienia okazywały się być coraz bardziej odgrzewanymi kotletami, a muskularne ciało coraz bardziej zaczął obrastać tłuszczyk. Przy tym utrzymywał ogromną ilość czasu antenowego w programach WCW, w których pokazywał niby to samo, z czego słynął od zawsze, ale... No właśnie, ale... Okazało się, że znudzona rzesza Hulkamaniacs zaczęła znacząco się kurczyć, masowo przechodząc do konkurencji z Północy, która akurat zaczęła lansować swoją nowatorską i znacznie bardziej efektowną erę Attitude. Nadeszła pora zmiany, nie, jeszcze nie pokoleniowej, ale przynajmniej takiej, która ograniczyłaby trochę omnipotencję Hogana w produkcie WCW i dała miejsce nowym pomysłom, którymi firma z Atlanty mogłaby skutecznie konkurować z Vincem McMahonem. Okazało się jednak, że przyzwyczajony do blichtru i pozycji niepodważalnego #1 Hogan miał na ten temat odmienne zdanie. Dokonało się to, o czym pisałem wcześniej - mając ogromny posłuch wśród writerów WCW (oraz odpowiednią klauzulę w kontrakcie) robił wszystko, byleby jak najdłużej pozostać na szczycie. Jakimś cudem oddał Heavyweight Title Goldbergowi (Chyba nawet on zdołał zdać sobie sprawy ogromnej popularności, którą od 1998 roku cieszył się w Turnerlandii Bill), ale jak najbardziej nie miał zamiaru rezygnować ze swej dominacji. Jego feud z Warriorem, szumnie zapowiadany jako wielki rewanż za walkę na Wrestlemanii sprzed 8 lat okazał się być totalną klapą, a piramidalne bzdury w które kazali nam wierzyć piszący scenariusz, nie wzbudzały nawet uśmieszków politowania. Moim zdaniem ten feud to był pierwszy gwóźdź do trumny WCW, skutecznie dobity wcześniejszym "latem z gwiazdami", czyli tanią próbą polepszenia ratingów poprzez aktywny udział w storyline'ach gwiazd ze świata sportu (Rodman i Malone) i show-biznesu (Jay Leno).

Podjęta przez Hogana próba "ewolucji" jego gimmicku, czyli powrót do charakteru face'a, uwieńczony w sierpniu 1999 roku "reaktywacją" do powszechnie znanych żółto-czerwonych barw okazał się być sukcesem tylko na początku. Po zwycięstwie nad Macho Manem dzień po BatB'99 i ponownym zdobyciu pasa Heavyweight, pokonuje miesiąc później na Road Wild Nasha "kończąc" jego karierę. Jednak w tym momencie znowu doszedł do głosu jego próżny charakter. Ogromna niechęć Hollywooda do rozstania się z pasem zmusiła bookerów do odegrania żałosnego "shoot-workowego" angle'u na październikowym Halloween Havoc w rewanżowym pojedynku ze Stingerem (Ku pamięci młodszych: miesiąc wcześniej podczas Fall Brawl Hogan przegrał i stracił tytuł). Hulkstar wyszedł mianowicie na ring w normalnym ubraniu i...położył się przed Stingerem, który spokojnie go spinował. Zaraz potem wstał i odszedł wielce obrażony, ale jak się okazało nie na długo.

O jego działalności w czasie ery Bischoffa i Russo przyjdzie jeszcze czas napisać, a tymczasem przenieśmy się do czasów nowożytnych, już po upadku WCW i rozpoczęciu drugiej odsłony odysei Hogana na ringach federacji ze Stanford, CT. Tym razem daruję Wam wspominki z przeszłości. Raz, że ten okres jego działalności znam głównie z internetowych raportów, dwa, że to wcale nie jest najważniejsze. Ten paragraf nieuchronnie zbliża nas bowiem do swoistego clou, które łączy koszykarskie wstęp tego artykułu z osobą Hogana...

Pobyt Hulka w WWE i kolejne "powroty" odbywały się zawsze według tego samego scenariusza. Najpierw niespodziewane pojawienie się i niesamo-kurwa-wite owacje fanów, nagły wzrost ratingów i dochodów ze sprzedaży merchandise'ów, następnie zaś cheer, choć wciąż duży, wraz z rozwojem "odgrzewanej" działalności Hogana w ringu staje się ofiarą coraz większej stagnacji. Bo nie ulega wątpliwości, że Hogan na ringu nie potrafi wiele, a nawet to co potrafi, z roku na rok wykonuje coraz wolniej i ślamazarniej. Nie ulega też wątpliwości to, że jego mic-skillsy, choć mogące robić wrażenie, od 20 lat...stoją w tym samym miejscu. Niezależnie od tego, czy to rok 1985, 1995, czy 2005 przy każdym wejściu Hulkstera na ring możesz najpierw wyłączyć dźwięk, w myślach wyobrazić sobie, o czym i w jaki sposób akurat mówi, a następnie cofnąć taśmę i obejrzeć jeszcze raz z włączonym dźwiękiem, by ze zgrozą skonstatować, że trafiłeś z jego wywiadem co do joty. I choć nie da się ukryć ekstatycznego orgazmu, jaki u amerykańskich marków powoduje każde jego wejście na ring, podobnie jak grubych baksów, które z tego tytułu trafiają na konta Bolei i Vince'a, wydaje się, że ta zabawa już dawno...przestała być zabawna. Hogan będzie w WWE tak długo, jak długo będą z tego tytułu szły dla WWE konkretnie pieniążki, co oznacza, że będzie w tej federacji jeszcze bardzo długo, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto nie ma jeszcze w kolekcji żółto-czerwonej bandamy, czy koszulki... Ale ja się pytam, czy nie jest to czasem rozmienianie się na drobne i chęć jak najdłuższego smakowania sławy, która w ten sposób już wkrótce może się stać melodią przeszłości i to w dodatku melodią graną na keyboardzie przez jednego z członków zespołu Fanatic lub Akcent, że użyję drastycznej metafory?

Bo Grześ Markowski z Perfectu śpiewa w jednym kawałku bardzo mądrą rzecz. Sądzę, że wszyscy domyślają się o co chodzi, ale dla pewności zacytuję: "(...)trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. Niepokonanym (...)". I tu wchodzi analogia do wstępu... Bo MJ wiedział, kiedy zejść ze sceny i zawiesić swoje Najki na przysłowiowym kołku. Jako zwycięzca, najlepszy z najlepszych, w najlepszym momencie z możliwych. Odszedł, kiedy zdał sobie sprawę, że z miejsca, w którym obecnie się znajduje nie może już wspiąć się wyżej... A przy tym symbolicznie zostawił NBA godnemu, jak się wtedy wydawało, następcy. Po kilku latach, niestety, wrócił do gry, tym razem w koszulce Wizards... I choć owacje, jakie dostawał w każdej hali, były nawet większe niż u Hogana, a sprzedaż koszulek z numerem 45 była tak duża jak za starych, dobrych lat, to jednak już zdecydowanie nie było to samo... Za wolny, za słaby, dający się ogrywać zawodnikom, którzy jeszcze kilka lat wcześniej nie byliby godni, żeby wiązać mu sznurowadła... Potem Michael przyznał, że ten cały powrót to był błąd, ale na jego nieskazitelnej karierze pojawiła się drobna, choć pamiętna szrama.

I znowu piszę o koszykówce, ale robię to tylko dlatego, by uświadomić Wam, że Hogan u schyłku swej kariery miał taki moment, w którym mógł odejść jak zwycięzca, w pełni chwały i w blasku jupiterów. Z miejsca, z którego nie mógł już wdrapać się wyżej. I zostałby zapamiętany jako wielki zwycięzca... Spytacie, kiedy to było? Odpowiadam: na Wrestlemanii X-8, w wypełnionej po brzegi hali Sky Dome w Toronto. Naprzeciw siebie stanęli wówczas dwaj Bogowie, równie wielbieni przez publikę. Z jednej strony Hogan, z drugiej "the most electryfying man in sports entertainment"...The Rock! O samej walce nie ma się co rozpisywać, z kronikarskiego obowiązku powiem tyle, że wygrał Rocky. Ważne jest to, co działo się w trakcie i po walce na widowni. Niesamowity cheer dla obu ludzi, przeciągłe naprzemienne skandowanie imion obu bohaterów wieczoru. A po walce...owacja na stojąco dla The Great One'a, która po chwili przeradza się w niesamowity, przechodzący ludzkie pojęcie mega-cheer dla Hogana. Mogę tylko wyobrażać sobie, jak musiało to wyglądać na żywo i zazdrościć tym szczęśliwcom, którzy mieli przyjemność uczestniczyć w tym wydarzeniu. Zwieńczeniem dzieła, wisienką na torcie był uścisk dłoni obu Panów i ręka Hogana, wskazująca na Rocka, mająca nam zwiastować symboliczne wydarzenie. Oto stary (Nie bójmy się tego słowa ;) ), schodzący mistrz przekazuje pałeczkę nowemu niesamowitemu czempionowi, który od tej pory ma poprowadzić sports entertainment w nowe millenium. To byłoby najlepsze rozwiązanie...z mojego punktu widzenia, jak i tysięcy fanów, którzy tak jak mocno szanują i zawsze już będą szanować Hogana, tak mieli (mają i zapewne będą mieć) już troszkę dosyć jego dalszych występów. Najlepsze także dla Hogana, który mógłby wreszcie dostrzec, że najwyższy czas się pożegnać, tak jak napisałem, w najlepszym momencie, jaki kiedykolwiek mógłby sobie wybrać...

Tak się jednak nie stało i ponownie mamy okazję obserwować powrót Hulkamanii (świadomie nie piszę już w tym miejscu o jego "powrotach", które nastąpiły po WM X-8). Powrót, który jak zawsze przebiega według tego samego scenariusza - fani w halach cheerują....a cały Internet drze włosy z głosy, że ile można, że dałby już spokój, i w ogóle najlepiej to TNA i ROH oglądać ;)))

Prawdziwą zagadką jest dla mnie ta niesamowita sympatia, jaką fani otaczają Hulkstera. Myślę, że najbliższy odpowiedzi na tą zagwostkę jest znany z księgi gości Wrestlefans i okazjonalnej pracy felietonisty tamże niejaki Raven, który podczas wczorajszej poGGadanki (przy okazji serdecznie pozdrawiam i dziękuję za miłą i konstruktywną rozmowę! ;) stwierdził, że czynią to z szacunku dla Ikony. Przy czym jest to szacunek tak wielki, że aż głupio wygwizdywać swojego idola, zwłaszcza kiedy jest "tym dobrym" i w dalszym ciągu łoi dupska kolejnym "złym charakterom". I choć żadna myśl nie jest doskonała (Nie posądzam amerykańskich fanów o tak wielki intelektualny wysiłek ;) ), to trudno się nie zgodzić z tym punktem widzenia...

Tak samo trudno się nie zgodzić z punktem widzenia Hogana. Doskonale znamy przecież realia sports entertainment i możemy świetnie zrozumieć Vince'a i samego Hollywooda, którzy za kolejnym pojawieniem się tego ostatniego na ringu widzą kolejne ciągi zer. I możemy być pewni, że wraz z Hoganem przyjdą określone (zapewne spore) dochody. Bo o nie właśnie chodzi w sports entertainment przede wszystkim. Poza tym, Hogan lansuje przecież teraz swój nowy reality show na VH1 "Hogan knows best" (Słyszałem, że przeciętny, ale oglądać nie mam zamiaru. Mam wystarczający niesmak po kontaktach z rodzinką Ozbornów...) i kolejne pojawienie się na matach WWE jest mu jak najbardziej na rękę. Problem zaczyna się w miejscu, w którym widzimy, co Hogan daje nam w zamian za czas, który mu poświęcamy i dolary, które...wydają na niego inni ;). A serwuje nam, jak już tu kilkakrotnie wcześniej napisałem, dania niezbyt świeżej jakości. Jako pierwsze danie speeche, które "już kiedyś widziałem, nawet kilkanaście razy", a z dań mięsnych walki, które, choć to, że są takie same to aż nie tak wielka wada, w końcu wielu wrestlerów tak ma, to jedyną różnicą w prezencji na ringu "dzisiaj" od "kiedyś" jest ich tempo, które już kiedyś nie było powalające, a dziś... Pozwolicie, że nie dokończę, oczywiście z powodu ogromnego szacunku dla bohatera tego tekstu.

Z tego wywodu nieubłaganie wyłania się smutna konstatacja - Hogan będzie tak "wracał" raz na rok-2 lata i nieodmiennie wzbudzał cheer ze strony publiki. Wciąż utwierdzany przez fanów o własnej wielkości będzie robił swoje, przekonany, że wykonuje dobrą robotę dla wszystkich Hulkamaniacs, a przy tym jego rachunek ekonomiczny jak najbardziej się zgadza. I będziemy oglądali go w ringu tak długo, aż widownia powie mu stanowcze: "Stop!". Sam z siebie raczej nie da sobie siana. A znając trochę jego biografię mam prawo sądzić, że co i rusz wylegające z mojego monitora zapewnienia o tym, że jego walka z HBK na Summerslam to "one last match" są jak plotki o mojej rzekomej śmierci - mocno przesadzone ;)

A można starzeć się inaczej na zawodowych ringach, a przede wszystkim efektowniej, co wciąż udowadnia "the dirtyest player in the game" Ric Flair. To prawdziwa przyjemność oglądać jego speeche, podobnie walki, które mimo wiadomych mankamentów związanych z wiekiem także nie należą jeszcze do "niejadalnych". A najlepsze w jego występach jest to, że...tak naprawdę ten facet (a raczej jego gimmick) wciąż potrafi nas czymś zaskoczyć. Naprawdę... Jedyną pewną rzeczą dotyczącą Rica Flaira jest to, że kiedykolwiek jako heel wdrapuje się na top rope by wykonać high-flying move, jestem gotów postawić wszystkie pieniądze na to, że jego rywal błyskawicznie wstanie i zrzuci Nature Boy'a z lin prosto na ring ;)) (A jak pięknie i z gracją pada na matę, to każdy kto widział, wie... ;) ).

A skoro już szukamy analogii, to posłużę się jeszcze jedną, taką bardziej osobistą. Nigdy nie tęskniłem specjalnie za Hoganem, kiedy go nie było. Inaczej ma się natomiast kwestia ze współczesnym Hulkiem, czyli szanownym Tryplem. Tuż po drugiej porażce z Batistą wygłosił na RAW przemówienie, które dziś wydaje się być samospełniającą się przepowiednią. Pamiętacie to? WWE i wszyscy fani jeszcze będą błagali Trypla, żeby zgodził się wrócić na ring, bo WWE bez Trypla jest niczym. I choć oczywiście w tych ostatnich słowach jest gruba przesada to...nie można mu odmówić części racji. Po tych wszystkich latach w moich oczach stał się on nieodłącznie zespawany z RAW, jak taka jego integralna i nieusuwalna część, której z jednej strony nie cierpisz (wpływ na booking i podbudowywanie własnego ego), ale z drugiej...ciężko sobie wyobrazić, jakby to wszystko wyglądało bez niego. Nie wiem, jak dla Was i nie wiem dlaczego, ale dla mnie RAW po drafcie i bez Trypla wygląda bardzo....bezpłciowo i sam nie wiem do końca w czym tkwi tego przyczyna? W jego obecności? Bardzo możliwe... A jeśli tak, to dlaczego bardziej brak mi Trypla niż Hogana? Czy to tylko kwestia młodszego wieku Huntera? Ostatecznie pod względem charakteru obaj śmiało mogliby stanąć w konkursie na najbardziej zadufanego w sobie wrestlera...

Te pytania pozostają, przynajmniej na razie, bez jednoznacznej odpowiedzi. Hogan wrócił i mam tylko nadzieję, że jest to jego ostatni "powrót". Szansę na magiczne i zapierające dech w piersiach pożegnanie stracił już dawno, jako że w meczu heel vs. face nie ma żadnych szans na powtórzenie choć ułamka atmosfery z tego magicznego wieczoru w Toronto. Wybrał swoją drogę, wybrał kasę i nie można go za to winić. Ale może kiedyś, kiedy o powrocie na ring nie będzie już mowy, zda sobie sprawę z tego, że popełnił błąd nie odchodząc wtedy, kiedy miał ku temu okazję... W końcu pieniądze to nie wszystko, zwłaszcza dla człowieka tak majętnego jak Hogan... No to jak będzie? Czas pokaże, a tymczasem pewne jest jedno: w świecie sports entertainment NIC nie jest pewne "na pewno" ;)

A z mojego artykułu podprogowo wycieka jeszcze jedna prawda. Nigdy, przenigdy nie należy łączyć bycia zawodowym wrestlerem z funkcją bookera. Nash, Hogan, Trypel...i wszyscy inni. To się NIGDY nie kończy dobrze...

Możnaby jeszcze dużo pisać na ten temat (chciałem napisać jeszcze choćby o nagłym zwrocie akcji w attitude Hogana na początku Bischoff/Russo era związanej z chęcią wypromowania młodszych gwiazd), ale zakończę w tym miejscu...Jutro po południu udaję się na jak najbardziej zasłużony wypoczynek do słonecznego Budapesztu, a pakowanie sprawunków nie wyszło jeszcze nawet poza fazę zapisania listy rzeczy niezbędnych, które należy włożyć do plecaka. Kończę więc, życząc przyjemnej lektury i udanego wypoczynku, gdziekolwiek będziecie.

by SPoP (spop@o2.pl)

PS. Choć nie zawarłem tego w zakończeniu, mam nadzieję, że swoim wywodem choć trochę zdołałem udowodnić zawartą w artykule tezę.

dodane przez SPoP w dniu: 22-01-2008 11:18:40

Udostępnij

Komentarze (0)

Skomentuj stronę

: : (opcjonalnie) :

Reklama

Partnerzy

plagiat

Czat

Kontakt

Poznaj redakcje portalu.

Napisz do nas: redakcja@wrestling.pl

Reklamy